• Wpisów:186
  • Średnio co: 13 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 15:19
  • Licznik odwiedzin:32 567 / 2490 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
A więc tak:
Od 18-stego lipca przez tydzień mnie nie będzie.
Nie będziecie płakać, prawda?
Ostatni rozdział był długi, nacieszcie się.
"Rise of new life" wątpię, czy doczeka się epizodu drugiego.
DZIŚ MAM URODZINYY~
I zaciesz.
Słynna imprezka zaczyna się za pół godziny, więc dlatego to jest info na szybkości.
Kupiłam sobie lalkę Skelity. Śmiejcie się, musiałam. Przez mały defekt na opakowaniu kosztowała 30 zł. 1/3 z oryginalnej ceny. Jak tu nie kupić? Co z tego, że kończę 14 lat XD
Bai~
 

 
- Chodźmy już. - chwycił mnie za rękę - ona może tu wrócić.
Zarumieniłam się mimo wszystko. Szliśmy razem aż do wielkiej zabytkowej willi. Nigdy się jej nie przyglądałam. Budynek był strasznie wysoki, architekturą przypominał zamek. Złocenia, zdobienia, kolumny i rzeźby przynosiły na myśl greckie świątynie. Drzwi, z hebanowego drewna wyraźnie kontrastowały z świetlistym tłem. Otworzył mi je.
Wyglądał na zaniepokojonego. Sień była spowita mrokiem, okna były zasłonięte.
Usłyszałam stukot... Czego? Jakby...obcasów? Miarowy, cichy stukot. Ale nie dwóch nóg.
- Kogóż mi tu przyprowadziłeś?- uwodzicielski, kobiecy głos nagle zapytał.
Zastanawiało mnie, kto jest jego właścicielką.
- Eris... E...-Bill zaczął się jąkać - t-to...
- Posiłek? - głos wyraźnie zaakcentował krótką wypowiedź - Jestem głodna.
W ciemności w korytarzu zaświeciły się trzy pary krwistoczerwonych oczu. Jedne nad drugimi. Zbyt blisko siebie, aby mogły należeć do trzech humanoidalnych istot.
Znowu stukot. Podeszła bliżej.
CZYM ONA JEST!?
Jej oczy... Tak to naprawdę jakby same tęczówki. Błyszczące, naprawdę, całe karmazynowe oczy, spojrzały na mnie. Lustrowała mnie wzrokiem przez chwilę, która trwała wieczność.
Bill się nie ruszał. Najwyraźniej ta istota też go unieruchomiła.
- T-to moja...- zaklnął cicho - przyjaciółka.
- Czyżby? - postać zaczęła wyłaniać się z cienia - Czuję, że kłamiesz.
Wzdrygnęłam się. To nie była ZWYKŁA kobieta. Sześcioro oczu nie było nawet takim zaskoczeniem, co to, co miała od pasa w dół.
Pajęczy odwłok. Z ósemką ostrych jak brzytwa, pajęczych nóg. Uśmiechnęła się triumfująco.
- Mowę odebrało? - żachnęła się - Dziś nikt już nie poznaje arachoidów. Bill, nie stój jak wryty, przywitaj się z siostrą.
SIOSTRĄ!? KIM BYŁA WASZA MATKA!?
"Nie pytaj" usłyszałam w umyśle. "Nie chcesz wiedzieć."
- Witaj, Eris...-zaczął - tak, to nie jest moja przyjaciółka. Zawarła ze mną kontakt.
- Pod przymusem. - dodałam - Ale bez niego bym sobie nie poradziła.
Uśmiechnęła się. Uśmiechem seryjnej morderczyni patrzącej na kolejną ofiarę błagającą o oszczędzenie życia.
- Jaka szkoda. Dawno nie jadłam świeżego ludzkiego mięsa. A propos ludzi, Bill, wyjdźże proszę z tej okropnej skorupy. Demon nie powinien się tak na ulicy pokazywać.
- Kwestionujesz moje poczucie stylu!? - zaczął się robić cały czerwony. Dosłownie. - Ja nie sprawiam, że plaże w Dubaju pustoszeją w ciągu minuty!
Zanosiło się na kłótnię. A wnerwionej Eris nie chciałam widzieć.
Założyła srebrnawobłękitną grzywkę za ucho.
- Bill, błagam. - wyszczerzyła nad wyraz ostre zęby - nie w takim stroju.
Westchnął.
Dlaczego mówimy szeptem?
Zmienił się. Chwilowy oślepiający błysk i znowu stał w tym swoim żółtym żakiecie z muszą i cylindrem.
-No.- powiedziała na głos. Saeko, Mori, Nasu, braciszek wrócił!
Schowałam się za Billem. JEST ICH WIĘCEJ!?
Spojrzałam mu błagalnie w twarz, słysząc podniecone dziewczęce głosy. Poza energicznym dreptaniem słyszałam szelest i.. Kopyta?
Na (nie)szczęście to chyba nie są bliźniaczki.
- Braciszku! - czerwonowłosa rzuciła mu się na szyję - gdzieś ty był!
Odsunęłam się gwałtownie. Wpadłam na kogoś. Wysokiego.
- Prz...aaaa! - wrzasnęłam. Centaurzyca spojrzała się na mnie ze zdziwieniem.
- A co ty tak krzyczysz? Dziecino, uspokój się.- poprawiła blond kitkę - nic ci nie zrobimy.
Odwróciłam wzrok na resztę ferajny. Wkoło Billa skakały najwidoczniej dwie młodsze siostry...jedna miała skrzydła zamiast rąk i (szczerze mówiąc) okropne, ptasie nogi. Druga nie miała ich w ogóle. Tylko wężowy, długi jak cholera, ogon.
- Jestem Mori. - centaurzyca podała mi rękę - Eris już znasz. Jest najstarsza. Zaraz po niej jestem ja. Ta z wężowym ogonem to Saeko. Nasu jest najmłodsza.- pokazała na skrzydlatą dziewczynę młodszą ode mnie - a ty?
- Ja jestem Iga. I... Zawarłam pakt z Billem.
- Kolejna? - zakryła usta - wybacz. Z braciszkiem witać się nie muszę. Nie jestem tak zafiksowana na jego punkcie - uśmiechnęła się.
-
- Mori, czemu nie witasz się z braciszkieeeeem? - zaśmiała się Saeko. Była chyba w moim wieku. - nieładnie taaak...
-Braciszek jest tylko mój mój mój! - Nasu miała chyba w zamiarze udusić Billa, usiłującego wyrwać się z jej objęć.
- JESTEM NICZYJ DO CHOLERY! - wrzasnął. Siostry natychmiast puściły i uciekły do pokoju obok. Mori stała niewzruszona. Eris...zniknęła.
Bill zaczynał się... Ochładzać. Z czerwonego przeniósł się na błękit, potem zbladł do normalnego koloru skóry. Wziął parę głębokich wdechów.
- Dobra, żyję. - powoli przeniósł wzrok na Mori, postukującą kopytem w kamienne płytki. - Wybacz.
Mori jakby nie była zła. Skrzyżowała ręce, jeszcze bardziej prezentując godny podziwu biust w chyba trochę za dużym dekolcie.
- Nie strasz ich tak następnym razem. To tylko dzieci.
Zapowiada się ciekawy dzień.
 

 
- A więc, co zamierzasz ze mną zrobić? - spytałam, podpierając biodra. Jemu mogło do łba przyjść WSZYSTKO.
Przyjrzał mi się dokładnie. Mając na sobie zwykłe jeansy i T-shirt, nie wyglądałam chyba zbyt atrakcyjnie.
- Pomożesz mi w czymś.
- W czym?-zadałam standardowe pytanie w takiej sytuacji - Jakieś wyższe cele?
- Dowiesz się w swoim czasie.
Pstryknął palcami i znaleźliśmy się z powrotem pod supermarketem. Wyglądał jak jakiś hipsterowaty blondyn. Poprawił sobie grzywkę.
- Będąc na obcym terenie, trzeba upodobnić się do tubylców, nieprawdaż? - uśmiechnął się do mnie - Chodźmy.
Wyruszyliśmy w stronę mojej kamienicy. Rodzice! Ciekawe, czy mnie już szukali.
Drzwi od klatki schodowej były wyrwane z zawiasów, leżały na ziemi porzucone pięć metrów dalej, niedbale niczym worek ziemniaków.Wzdrygnęłam się. Czyżby ich dopadli? Chciałam wbiec po schodach na piętro, ale i one były zniszczone.
- Zalgo. Nasłał kogoś. Scarecrow? Najpewniej. Tylko ona jest zdolna do takiego zniszczenia - sprostował Bill - tak czy inaczej, jesteś oficjalnie już sierotą.
Spojrzałam w górę załzawionymi oczyma. To niemożliwe.
Przeniosłam wzrok na Billa. Stał niewzruszony.
Uścisnęłam go. Na nic innego nie było mnie stać.
- Czy ty mnie.. Uratowałeś?
- W pewnym sensie. Przewidziałem, że to się stanie, prędzej, czy później. Musimy uratować jedną bliską ci osobę.
- Aleksego?
- Owszem. - chwycił moją rękę, przeteleportował nas na zrujnowane piętro. Ściany były osmalone , w tapecie wydarto napis
"ON NADCHODZI"
W rogu niegdysiejszego salonu leżała moja druga ulubiona przytulanka. Pluszowa koala. Była lekko osmalona, ale poza tym jej nic się nie stało. Podniosłam ją i uścisnęłam.


 

 
Zanurzyłam się w odmęty grubego tomu. Powoli czytając kolejne linijki, odkryłam, na co się narażam. Ten rzekomy 'Bigby Wilk' może mnie po prostu odesłać na Ciche Wzgórza...bezpowrotnie.
Poczułam rękę na ramieniu. Gwałtownie oderwana od lektury, wzdrygnęłam się. To był tylko Bill.
- I jak, Pióro, wiesz już conieco? - zmrużył oko, przysięgam, że jakby miał usta, to by się uśmiechnął do mnie (przepełnionymi ironią ustami).- Czy NADAL opłaca ci się walczyć o świat?
Znowu ciągnie flaka.
- Zobacz...cała wielka, ułożona, zawiła społeczność potworów i demonów, przeciwko jednej, małej, z-enderowanej dziewczynce...-nagle jego oko zrobiło się przerażająco czerwone - NIE MASZ SZANS.
Wzdrygnęłam się.
- Chcę spróbować.
- I poświęcić swoje całe przyszłe życie? Koleżanko, masz dużo jeszcze przed sobą. Poza tym, mam pewne plany co do ciebie...
Zachichotał i zniknął. Poczułam, że nie dam rady. W końcu co ja mogę zrobić? Paść na twarz przed ich szefem i grzecznie poprosić o WYPIERDALNIĘCIE z Ziemi? Już wolę znosić widok rozkładających się ciał na ulicy. Zabrzmi to dziwnie, ale zgadzam się z Billem. Wstałam od biurka. Bolały mnie plecy i kark. Ile ja tu mogłam przesiedzieć?
Rozejrzałam się po KsięgoMorzu. Musi gdzieś tu być wyjście.
Po niedługim czasie znalazłam wielkie, mosiężne drzwi. Nie byłam pewna, czy mogę tam wejść. Ale uchyliłam je. Na środku zaciemnionej, porośniętej bluszczem sali stała mała fontanna. Zajrzałam do środka. Tafla wody była pomarszczona, jakby ktoś przed chwilą jej dotknął. Widziałam swoje odbicie. Chwilowo - ludzkie, chwilowo - po przemianie. Jakby lustro wody nie mogło się zdecydować, czym jestem. Pomyślałam o przyjacielu, zostawionym w Polsce. Nie poznałby mnie. Zanurzyłam palec w zielonkawej wodzie. Poczułam przyjemne mrowienie.
"Czym chcesz być?" - zapytał głos w mojej głowie. Czułam, że jego źródło jest i odległe, i dalekie.
"Sobą."
Na początku nic nie poczułam. Potem woda z fontanny powlekła mnie, niczym błona. Przemieniałam się. Ale to nie był ten typ przemiany, jaki przeżyłam wcześniej. Magiczna fontanna nie sprawiła mi bólu. Była jak przyjaciel. Może zostanę tu na zawsze? Nie sprawi mi ona bólu, kłopotów...
Nagle przez mój umysł przeszła wizja.
Mój przyjaciel. Ten, w którym się skrycie podkochiwałam. Aleksy. Wyszedł ze swojego domu, w środku nocy, z zapakowanym plecakiem. Kakimś cudem wiedziałam, co zamierza. Uciec z domu.



Wizja się urwała. Nie chcę tu zostać. Spojrzałam z powrotem na siebie. Dawna, ludzka ja. Jak dobrze. Wyszłam pośpiesznie z tajemniczej komnaty. Drzwi się za mną zatrzasnęły i znikły. Zza regałi wyszedł mężczyzna około 30-stki. Był ubrany w jasnożółty garnitur, czarny cylinder i muszkę. Spodnie pod kolor cylindra. Rozczochrane, blond włosy. Przepaska na oku.
- Brawo.-przyklasnął.- Jednak przeszłaś próbę. Może masz jakąś szansę..
-Kim ty jesteś...-zająknęłam się, widząc trójkątny tatuaż na szyi.- B-bill!?
- Jakżeby inaczej? - uśmiechnął się nonszalandzko, ukazując ostre zęby- Pozwól, że ciebie poprowadzę. - wyciągnął rękę.
Gdy ujął moją dłoń, koniuszki jego palców zajęły się błękitnym płomieniem, który rozchodził się po całej ręce. Próbowałam się wyrwać, ale bez skutku. Potrząsnął moją ręką.
-Pakt zawarty. - uśmiechnął się szerzej, z jego kieszeni wypełz grzechotnik. - Co masz taką nietęgą minę? Jeden z silniejszych demonów światła postanowił dla ciebie pracować...
- O ile się nie mylę, pakt zawiera się po zgodzie OBU stron. -wyraźnie zaakcentowałam słowo "obu".
- Gdyby każdy grał fair, nie byłoby zabawy...-grzechotnik oplótł mu się wokół szyi. - Nie ma odwrotu.
Podał mi lusterko. Trójkątny tatuaż na szyi. Dokładnie taki sam jak jego. Przedstawiał on Billa Ciphera w czystej postaci jednookiego stwora.
Moją twarz przeszył cień żalu. Pakt z demonem? Czyli to oznacza, że...
Wyrzekłam się Boga.
Ukłuło mnie to w sercu. Jedyne, co mogłoby zmienić moje losy, to wstawiennictwo Samego Najwyższego. A ja, jak skończony debil chwyciłam rękę jakiegoś zasranego demona i odepchnęłam jedyną pomoc!
- Hej hej hej...Nie myśl tak o tym...- objął mnie ramieniem. Nie będę go powstrzymywać. Niech robi, co chce.
- Słyszysz moje myśli?
-Tak...wszystkie.
Przełknęłam ślinę.
Kuźwa.
- I wiem o tobie WSZYYSTKO~ zarechotał - oj, wszystko...
- Co dokładniej?
Nagle przez jego twarz, niczym jak przez billboard przeleciało mnóstwo obrazów.
- JA WIEM WIELE RZECZY.
 

 
[Ogółem kocham tę piosenkę, ale w zestawieniu z amv z Gravity Falls jest epicka *-*]
tekst angielski:

This is gospel for the fallen ones
locked away in permanent slumber
Assembling their philosophy
from pieces of broken memories

[x2]
Oh oh ooh oh oh
(This is the beat of my heart
this is the beat of my heart)

Gnashing teeth and criminal tongues
conspire against the odds
but they haven't seen the best of us yet

If you love me, let me go
If you love me, let me go

Cause these words are knifes and often leave scars
the fear of falling apart
And truth be told I never was yours
the fear, the fear of falling apart

[x2]
Oh oh ooh oh oh oh
(This is the beat of my heart
this is the beat of my heart)

This is gospel for the vagabonds,
ne're-do-wells and insufferable bastards
Confessing their prophecies
led away by imperfect impostors

[x2]
Oh oh ooh oh oh oh
(This is the beat of my heart
this is the beat of my heart)

Don't try and sleep through the end of the world
and bury me alive
'cause I won't give up without a fight

If you love me, let me go
If you love me, let me go

Cause these words are knifes and often leave scars
the fear of falling apart
And truth be told I never was yours
the fear, the fear of falling apart

Oh oh ooh oh oh oh
the fear of falling apart
Oh oh ooh oh oh oh
the fear, the fear of falling apart

[x4]
Oh oh ooh oh oh oh
(This is the beat of my heart)
The fear of falling apart
(this is the beat of my heart)

tekst po polsku (dla nieogarniętych)

To ewangelia dla upadłych,
którzy zasnęli wiecznym snem
Składamy ich filozofie,
z połamanych kawałków wspomnień.

Oh oh oh oh oh oh
To jest bicie mojego serca

Zgrzytające zęby i zbrodnicze języki
spiskują przeciwko mniejszości
ale nie widzieli jeszcze tego na co nas stać

Jeśli mnie kochasz, puść mnie wolno
Jeśli mnie kochasz, puść mnie wolno

Bo te słowa są jak noże i często zostawiają blizny
Przez strach przed rozpadnięciem się
I prawda jest taka, że nigdy nie byłem twój
Przez strach przed rozpadnięciem się

Oh oh oh oh oh oh
To jest bicie mojego serca

To ewangelia dla włóczęg
Partaczy i nieznośnych drani
Dających swoje świadectwa,
prowadzonych przez nie idealnych oszustów

Oh oh oh oh oh oh
To jest bicie mojego serca

Nie próbuj przespać końca świata
I pochować mnie żywcem,
bo nie poddam się bez walki

Jeśli mnie kochasz, puść mnie wolno
Jeśli mnie kochasz, puść mnie wolno

Bo te słowa są jak noże i często zostawiają blizny
Przez strach przed rozpadnięciem się
I prawda jest taka, że nigdy nie byłem twój
Przez strach przed rozpadnięciem się...

[Jezus jakie to piękne ;________;]
[chyba się popłaczę]
 

 
Nikt nie czyta tego, co tu piszę... Krótko mówiąc po moim blogu wieje wiatr i latają szklanki.
Jakby kogoś interesowało, to aktualnie słucham "This is Gospel", czyli jednej z lepszych piosenek...
Polecam również "Hanging Tree" i "deCIPHER"... świetne są ;-;
 

 
- Heh...Powiedzmy,że w naszej małej społeczności wieści szybko się rozchodzą...-zachichotał- patrz uważniej na ściany, one też mają uszy, choć ich nie widać.
Na ścianie supermarketu pojawiło się duże wybrzuszenie w kształcie trójkąta. Chciałam tego dotknąć, ale Toby powstrzymał moją rękę.
- Lepiej nie dotykaj.
Wybrzuszenie nabrało cytrynowego koloru i oderwało się od ściany. Lewitowało w powietrzu przez chwilę, następnie wyrosły mu czarne nogi i ręce. U podstawy trójkąta pojawiły się jakby kafelki(?), 'wyrosła' muszka. Otworzyło się jedno, duże oko. Zamrugało.
- Szkoda, Nieuczuciowy, że mnie nie przedstawiłeś. Bill Cipher, do usług.-trójkąt przemówił, po czym zza pleców wyjął niebotycznie wysoki, czarny cylinder, który wsadził sobie na najwyższy kąt.

- A więc, ty, Pióro, zamierzasz pozbawić uciechy i extazy mordu tych niewinnych, zresztą twoich, pobratymców? Oj, nieładnie...-usiadł na niewidzialnym krześle i przywołał sobie laskę- nie niszcz im życia. Mieszkańcy Cichego Wzgórza nie ucieszyliby się z powrotu sąsiadów.-to mówiąc, zatoczył koło wokół mnie i Tobiego.- A, ku nieszczęściu z pudełka Pandory, ty byś tam wróciła z nimi. I rodzicami...
-Jestem tego w pełni świadoma.-przerwałam mu- Jednak jeśli chcę uratować ludzkość, oddam siebie w ofierze.-bardzo mnie intrygowało, czym on jest, a zwłaszcza dlaczego nie nazwie nas po imieniu?
Ticci Toby zniknął. Ulotnił się. Dał strzałeczkę. Westchnęłam.
-Aaa...zapomniałbym. Bezoki i Hipnotyzer zostaną przeniesieni za niesubordynację na Ciche Wzgórza od razu po zachodzie słońca.
- D-dlaczego!? -wzdrygnęłam się. Jak ja sobie bez nich poradzę!?
Bill machnął palcem wskazującym, po czym znaleźliśmy się w dziwnym miejscu. Wyglądało jak wielki dom. Gdy zaprowadził mnie do środka, okazał się wielką biblioteką. Stałam w progu jak zachipnotyzowana. Książki, miliony książek...wszystkie do przeczytania...
Moja mania czytania nie minęła wraz z pójściem do gimnazjum.
- Witaj w KsięgoMorzu. -podleciał do jednej z miliarda półek, po czym chwycił opasłe tomisko. Zastanawiałam się, jakim cudem on je daje radę unieść.-A to pierwsza książką, którą przeczytasz. Ale nie całą, nie martw się. -przewracał kartki, mrucząc pod nosem- niesubordynacja...nie-su-bor-dy-na-cja...O! Tu jest.-wskazał mi palcem rozdział-przeczytaj.
 

 
Nie będę zaczynała od tradycyjnej formułki: nazywam się tak i tak, mieszkam gdzieś, mam lat tyle, stało się to i to...
Rozumiecie?
A teraz do rzeczy.
Otworzyłam zielonkawe oczy. Wyjrzałam przez uchylone okno. Zapowiada się ładny dzień. Z dołu dochodziły hałasy porannej krzątaniny brata.
- Ehhhh...- westchnęłam.- Kolejny dzień do przetrwania.
Mieszkałam z bratem na obrzeżach pobliskiej wioski, Buhrmatrgahru.
Nie znałam rodziców, Rodric (to mój brat) niewiele mi o nich opowiadał.
Byliśmy wyrzutkami. Przeklęte elfie uszy! Nie możemy z bratem zamieszkać w Nas'goina, mieście elfów, ponieważ jesteśmy połowiczni. Nasza matka wyszła za mąż za elfa. Urodziła Rodrica, potem mnie, Senę. Ciekawe imię, co? W języku elfów oznacza : "szczęśliwy los". Niestety, mi się takowy nie trafił. Co rano polowanie, sprzedaż łupów na rynku, powrót do domu, potem jeszcze pomoc bratu przy roli. Ciężkie życie me.
Wywlokłam się z łóżka i naciągnęłam na siebie ubranie łowieckie.
Czas na polowanie.
 

 
A więc tak:
A bit creepy pasta będzie prowadzona dalej, lecz rezygnuję z Assasin's Think, ponieważ nie mam pomysłu na fabułę. Zacznę prowadzić nowe, jeszcze zobaczycie, o czym.
Cheers!
Ender
 

 
Slender zaprowadził mnie na strych. Czułam się głupio, gdy stałam tam przed nimi cała zapłakana...Enderman spokojnie poczekał, aż przestanę płakać.
- Powiem ci tylko tyle, bez ceregieli. Ekipa już tu dotarła i to w powiększonym składzie. O ile nie zmienili planów, to będą wyniszczać miasto powoli, od środka...-westchnął-Nie mamy już czasu na ratunek. Bigby jest po drugiej stronie kuli ziemskiej. Pogóddź się z tym.
Slenderman poklepał mnie po ramieniu, chyba próbując mnie pocieszyć... Westchnęłam, po czym udałam się do łóżka. Męczący dzień.
Rano, jak gdyby nigdy nic, wstałam. Czułam zapach smażonych tostów.
Zamiast mężczyzny po 40-stce zastałam w kuchni Endermana, z brązowymi oczami.
(Czyli Ender wykonał robotę)
Jak ci się spało,kochanie?-zapytał mój ojciec-Nie miałaś koszmarów???
-Dobrze spałam, dzięki...
Ender musiał się wysilić, skoro nie zauważyli zmiany...
-Mama poszła już do pracy, ja też za chwilę wychodzę... zrobisz zakupy???
-Jasne.
Kiedy ojciec wyszedł, szybko wchłonęłam tosta i poszłam do sklepu. Niby wszystko normalnie, zwykły LIDL, stoję przy kasie, a tu obok mnie jest jakiś taki blady 16-latek, w goglach i masce...
Przełknęłam ślinę.
-Wiem,kim jesteś...-wyszeptał mi do ucha.
Stał za mną w kolejce. Starałam się nie odwracać, ale kątem oka dojrzałam metaliczny błysk w lekko odpiętym, beżowym plecaku.
-Wy się znacie?-zapytała miła kasjerka - staruszka- wyglądacie na zakochanych...
Zbiła mnie z tropu. CZY FAKT, ŻE DWIE OSOBY SIĘ NA SIEBIE GAPIĄ MA OZNACZAĆ MIŁOŚĆ!?Zarumieniłam się mimowolnie. Chłopak improwizował.
-T-tak, znamy się... chodzimy do tej samej klasy...-spojrzał się na mnie znacząco, unikając tiku ręki-sportowej...
€_€ Ja i sport... dobre sobie...
Kasjerka uśmiechnęła się:
-Urocza z was parka.
Kiedy skończyła swoją robotę i oboje zapłaciliśmy, wyszliśmy. Ledwo zniknęliśmy jej z oczu, spojrzałam z wyrzutem na chłopaka.
-TicciToby, co ty odpierdzielasz!?-wkuta do potęgi się zapytałam-Myślisz, że nie znam ciebie i twojej historii!?
-Sądzę, że znasz.
Arogant.
Poprawił żółte gogle.
- O ile się nie mylę, przesiaduje u ciebie Slender z kolegą?
- Tak. Skąd to wiesz?
 

 
Postaraj się opanować...
Wytrzeszczałam oczy, gapiąc się w lustro. Nadal nic nie rozumiałam. Łzy dalej spływały mi po policzkach, kończąc swój żywot w postaci ciemnych plamek na mojej szarej bluzie. Jakim cudem... Czyżby odkryli Slendera i Endermana? Widać było przecież ich ślady butów (i uściślijmy - nóg). Jeśli ich odkryli... Wolę o tym nie myśleć. Co, może też usiedli na krzesełkach i wysłuchali tego wszystkiego co ja?! Może też na ich barkach ciąży uratowanie miasta lub kraju... Świata? A może będą żyć w kompletnej nieświadomości do końca swoich dni... Że ich córka musiała posłuchać dwóch nawiedzonych dryblasów, by się przemienić w przeróbkę postaci z gry komputerowej!?
Wyrzuty sumienia targały moim umysłem niemiłosiernie. Dlaczego wtedy poszłam na ten strych!? Czy to ma jakikolwiek sens!? Czy ten ich szef "Bigby" odeśle ich z powrotem!?
Odeśle...ich...z...powrotem...
Przecież...
Zasłaniająca oczy kotara została rozdarta.
Nigdy nie wrócę do normalnego życia.
Odeśle mnie razem z nimi.
Skażę siebie i rodziców na wieczne życie w jakimś porąbanym świecie, w wiecznym potępieniu dawnego ja.
Oni na to nie zasłużyli.
Gdyby nie tamten wypadek...
Powoli przestawałam płakać.
Oni muszą tu zostać.
Ale jak moi własni rodzice na to zareagują? Była córka - puff - nie ma?
Nie mogę pozwolić również aby ta horda tu została.
Poczułam na ramieniu lodowatą dłoń. Odruchowo odwróciłam głowę. Slender. Jakże niemiła niespodzianka.
- Twoi rodzice mnie nie zauważą. Poszli spać.- uspokoił mnie. - Ender musi ci coś powiedzieć.
Madafqerskie umięjętności teleportacji obojga. Ciekawe, czy ja też tak potrafię.
 

 
Argh... głupie przyzwyczajenia Assasina...
Moja ręka powoli wracała do zeszłej pozycji, ostrza kryły się w rękawach.
Nie jestem aktualnie na służbie, nikt mnie jeszcze nie wynajął.
Za to chętnie sprzątnęłabym tego gościa.
Wkurzył mnie on do potęgi. Zaczął wyśmiewać się z mojej pracy. Na całą ulicę. Nie wytrzymałam. Rzuciłam się na niego. Skończyłby marnie, gdyby nie głos rozsądku dochodzący z granic mrocznego labiryntu spowijającego mój umysł. On, leżał na ziemi z pobladłą twarzą, osłaniając rękami twarz, gotowy na najgorsze. Srebrne ostrza zatrzymały się dosłownie kilka centymetrów od jego czoła. "Kodeks tego zabrania" - przypomniało mi się.  Przekoziołkowałam do tyłu, zaciągnęłam niżej kaptur, po czym stojąc nad nim (triumfując wręcz) powiedziałam :
- Nigdy nie lekceważ Assasina.
Po czym wskoczyłam na dach chałupy i tyle mnie widzieli. Tymczasem przyglądałam im się z drzewa nieopodal. Jak nasz niedoszły macho wstawał na trzęsących się nóżkach, przeklinając mnie w cztery diabły. Heh... niezły trening. Upajałam się wręcz jego widokiem... cały czerwony ze złości i umorusany w piasku. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
Usłyszałam poeejrzany szelest. Odwróciłam się,  wyjmując sztylety z rękawów. Na gałęzi za mną siedział inny Assasin.
- Ładna akcja,  brawo.
Zdjął kaptur. Nie znałam go. Społeczność Assasinów jest dość mała , ale większość z nas siedzi nadal w cieniu, starając się o utrzymanie pokoju tylko w swoich miastach. Czyżby przysłano go tu, aby mnie wyszkolił? Możliwe. Ostatni opiekun tego miasta zniknął z dwa tygodnie temu, podczas pomagania mi w misji. Odtąd nie widział go nikt.
Podał mi rękę.
-Jacob, a ty? - uśmiechnął się do mnie przyjaźnie - Panna narowista?
Spojrzałam na niego z wyrzutem. Narowista? Śmiechu warte.
-Raven. - uścisnęłam jego dłoń w grubej skórzanej rękawicy, używanej do oswajania sokołów i użytku broni palnej o silnym odrzucie, na znak sojuszu.
- Pokażesz mi miasto? Mam ciebie szkolić, ale w tej okolicy jestem pierwszy raz. Wyslano mnie tutaj aż z Bretanii.
Przytaknęłam.
Bretanii? Przepłynął cały Bałtyk tylko dla tego, że mu ktoś kazał? Coś miłego mnie ukłuło. Od zawsze adeptów traktowano surowo. Mój poprzedni mistrz był ostry jak brzytwa, a kąśliwy jak żmija. Nauczył mnie on wielu pożytecznych umiejętności, robiąc z otyłej sieroty sprawną zabójczynię. Jestem mu za to wdzięczna.
- Ehm... mis... znaczy Jacobie... chodźmy tędy. - Poprowadziłam go po drzewach trochę bardziej w głąb lasu, by zejść niezauważenie.
Schowałam sztylety. Po co całe miasto ma o nich wiedzieć? 
- Zawsze korzystasz z tej metody? Nadrabianie drogi na piechotę nie jest zbyt w stylu Assasina.
Oprowadzałam go po mieście, naciągając biały kaptur na oczy.
W końcu doszliśmy do miejsca, w którym mieszkam. Był to stary dom z pali na końcu miasta, należący do jakiegoś drwala, który zmarł parę lat temu.
- Ponuro tu trochę... - zamyślił się. - Raven,  skąd masz ten dom?
- Ehm... znalazłam tę ruderę parę lat temu...
- Skąd masz ten przydomek?
- To imię. Sama je sobie nadałam.
Zasępił się. Nie muszę po raz enty komuś tłumaczyć, że nie znałam moich rodziców.
-Skąd ten pomysł? Twój strój jest przecież biały...
Jakby w odpowiedzi przyleciał kruk, siadając na moim ramieniu.
- Mam smykałkę do ptaków. A kruki są wyjątkowo mądre. - ptak wydął dumnie błyszczącą, pierzastą pierś.- Kontroluję większość tutejszych ptasich monarchii.
Zdziwił się. No bo co? Zaledwie 14 - latka i już potrafi takie rzeczy robić? Eh...
Weszliśmy do środka. Było tam coś na kształt łóżka z kocami, parę innych broni i stary zardzewiały piecyk - dar od hutnika za uratowanie synka. Jednak ludzie mnie trochę lubią.
- Na bogato... - stwierdził,  rozglądając się po moim azylu. [ straszny z nieyo cynik ]- Rada pozwoliła sobie przydzielić nam lepszą miejscówkę.

NAM? Od kiedy nam? Facet około 30-stki i 14-latka? Porąbało ich!?
- Mów do mnie jak chcesz. Od teraz będę twoim przybranym ojcem i mentorem.
- Pozwolę sobie na mówienie do ciebie "tato". - dziwne... to słowo nie chciało mi przejść przez gardło.- Pokażesz może tę miejscówkę?

 

 
Od teraz będę pisała więcej niż jedno opowiadanie, w którym się trochę bardziej rozwinę... rozdziały będą dochodzić częściej, ale będą [może...] krótsze. Jeszcze dzisiaj dostaniecie pierwszy rozdział nowego opowiadanka... Jak graliście w Assasin's Creed to troszkę będziecie wiedzieć, ale jak nie graliście, to poszukajcie w necie. A teraz photo:

 

 
- No dobrze. Gdzie ja mogę go znaleźć? - rzucając słowa w zatęchłe powietrze, usiadłam na krześle.
- Moglibyśmy ciebie do niego zabrać...- Ender wyszczerzył obsydianowe kły - Pod jednym warunkiem...
- Nie, Ender, naprawdę jest TO konieczne? - rysy (twarzy?) Slendermana wyglądały na zatrwożone.
- Co to za warunek? - wyprostowałam się na zakurzonym, dębowym krześle - zrobię wszystko by ich uratować.
Slender przekręcił głowę w moją stronę. - Jesteś pewna?

Teraz już widać, który z nich jest bardziej psychiczny...
-T-tak.
- A więc, mój półbarcie, zrób to.
Czy ja naprawdę tego chcę?
Enderman wstał z kucków. Był naprawdę wysoki. Szpony wysunęły się z jego łap. Coś na kształt kruczoczarnych żeber zaczęło oplatać jego tors. Wyglądał... upiornie.
Nie wiedziałam, co mam robić. Siedziałam na krześle jak głupia i wgapiałam się w jego powolną transrformację. Uniósł dłoń nad moją głowę, jednocześnie mamrocząc coś chrapliwie. Fioletowy pył unosił się wkoło mnie... przez chwilę czyłam się ślepa. Ciemność. Wszędzie ciemność. Otwarłam oczy. Nad moją twarzą wisaiały dwie zatroskane głowy. Mamy i Ojca.
- Martwiliśmy się o ciebie... zemdlałaś na strychu...
usiadłam na sofie. Obok mnie leżał pluszowy Endzio. Jakby nic się nie stało.
- Mamo, tato, chyba zostawiłam kolczyk na strychu... mogę po niego wrócić?
Zgodzili się. Czym prędzej wbiegłam po schodach na górę. Na podłodze były ślady długich lakierek Slendera i kwadratowe odciski kończyn Ender a, oraz ślad przesuwanego krzesła. Ślady butów rodziców. A więc to prawda. Ale co on mi zrobił?
Podeszłam do łazienki. Spojrzałamw lustro. Zamiast dziewczyny zobaczyłam jednak ponurą Endermankę z długimi, kasztanowymi włosami. Boże!!!
CO ON MI ZROBIŁ!? I dlaczego rodzice przyjęli to tak spokojnie!?
Spojrzałam na ręce - czarne szpony zamiast mięciutkich dłoni.
To musi być sen... uszczypnę się, na pewno pomoże. Zabolało. Na dłoni ukazała się mała, fioletowawa kropelka krwi. Nie... to niemożliwe... łzy mi zaczęły lecieć po policzkach. Szare łzy, po czarnych policzkach.
 

 
Poczułam lodowato zimne macki oplatające powoli moją szyję i brzuch. A więc to nie sen. To koniec. Zacisnęłam oczy. Niech się to stanie. Byle szybko.
- Hamuj się, Slender.
- Wybacz, nawyk.
Macki natychmiast mnie puściły. Kto to powiedział? Głos był jakby zachrypnięty... Miałam nadal zaciśnięte oczy. Ale ten głos... on nie należał do człowieka. Tak samo ten drugi... syczący... Czyżby ONI rozmawiali? Z dostępnych mi informacji wynika, że w naturze zbyt rozmowni obaj nie są.
- OBIECUJĘ, że żaden z nas ciebie NIE skrzywdzi. - znowu ten chrypiący coś powiedział, wyraźnie akcentując "obiecuję" i "nie". Otworzyłam oczy.
- Skąd mam wam wierzyć? - zapytałam, podpierając się pod boki. - Pan Slender by mnie zabił.
Pan wyżej wymieniony podrapał się z zakłopotaniem po głowie.
-Ehm... no wiesz... nawyk...
- Wkurzający nawyk, Slender. - tu pan Enderman zabrał głos - gdziekolwiek ciebie wezmę, ty od razu wszystkich się tykasz. A teraz konkrety. Jeszcze tego nie wiesz, ale nadciąga większe niebezpieczeństwo, niż my obaj razem wzięci. Jako, że nigdzie nie jest nam tak dobrze, jak tu, osiądziemy na tym strychu, zapewniając immunitet tobie i twoim domownikom. Heh, Slender, pamiętasz co wtedy w USA w stanie Oregon narobiliśmy? Z resztą ekipy? Jak ja sobie to przypominam... - Enderman ciągnął dalej, ale zapatrzyłam się w jego twarz. Przy każdym słowie szczerzył swoje czarne kły. Przechodził mnie dreszcz. A jego oczy... były tak magnetyzujące...
- EJEJEJEJEJEJ! PRZESTAŃ! - lodowato zimna dłoń Slendera wybudziła mnie z transu. - Ender, mówiłem ci, zamykaj oczy, gdy do kogoś mówisz! Zaraz byś ją zżarł!

Boże. .. co? Zjadł. On. Mnie. Cholera. Ten się hamuje, tan mnie zżera... Brawo Iga, masz super towarzystwo...
- Wybacz! - przepraszał. Kątem oka dostrzegłam szpony chowające się w łapach Endera.
-O jaką ekipę chodziło?
Slenderman zaczął wyliczać na długich, mlecznobiałych palcach.
- A więc tak... my dwaj, Krwawa Mery, Jeff i Jenny, Eyeless Jack, Masky, Ticci Toby... wiadomo zombie, szkielety, creepery... A, i jeszcze pająki. Takie wielkości konia... ktoś jeszcze? - "popatrzył" pytająco na Endermana.
- Tia... jeszcze ten facet z siekierką, drugi z piłą... ten zamaskowany... było paru orków, z trzy trolle... więcej nie pamiętam...

Przeraziłam się. Oni. Wszyscy. Tutaj. Na moich oczach bezbronne tłumy ludzi będą ginąć. A ja? Niczym księżniczka razem z ojcem i matką, nieruszona. Tak nie może być.
- Nie da się ich odesłać? Do ich światów? - sytuacja była beznadziejna.
-Jeśli byś znalazła Bigbiego... może. .. - Slender się zamyślił.
- Kogo?
- Bigbiego. Bigbiego Wilka. - Ender podsunął mi zakurzone krzesło.
 

 
...drzwi zatrzasnęły się same. W panice straciłam równowagę. Oparłam się plecami o coś, co mi przypominało w dotyku stare ubranie. Obejrzałam się odruchowo. Biała twarz... Boże! Slenderman!? Pochylił głowę. Jakby się uśmiechał... ale on nie ma ust... cofnęłam się. Nie... To nie może być sen... Moje plecy dotknęły czegoś jakby z metalu, ale giętkiego, pewnie jakiejś blachy. Chciałam uciec do drzwi... Ta blacha, to był 3-metrowy Enderman... Patrzył się na mnie tymi fioletowymi ślepiami... Znieruchomiałam.
 

 
Właśnie zaczęłam moje zrąbane życie od nowa... wyjechaliśmy z rodzicami za granicę. Mieliśmy przyjemność otrzymać nowe mieszkanie w Niemczech, w Hamburgu, czyli gdzie obecnie pracuje mój tata. Gram w minecraft, chyba już wam powiedziałam. Przenosiliśmy się do kamienicy, na 4 piętro. Nad nami był już tylko strych. Powkładaliśmy tam zbędne rzeczy. Zapytałam się mamy, gdzie jest pluszowy Endzio. "Na strychu" - odpowiedziała. Byłam zła. Moją ulubioną przytulankę na strych schować? ! Jak mogła. ..
GODZINĘ PÓŹNIEJ
Rodzice w końcu pojechali na zakupy. Poszłam na strych, aby odnaleźć mojego Endzia. Ale coś się tam ruszało... Na strychu było ciemno, bardzo ciemno...
 

 
Nuda nuda nuda. Kot mnie obudził o 5.25. Wymruczał mi się.
 

 
do tych, którzy morze spoglądają na mojego bloga:
- koniec wstawiania samych zdjęć,
- odtąd zacznę tworzyć własne komiksy i je tu wstawiać,
- zmiana tematyki,
- konkursy i dyplomy,
- Pora na Przygodę!
- od Gwiazdki newsy z Minecrafta :3,
- kucyki!


Autoportret.